PRZED CZYM TAK NAPRAWDĘ UCIEKASZ?

jak wsłuchać się w siebie

Kiedyś usłyszałam, że powinnam zastanowić się, przed czym próbuję uciec. Było to przy okazji poruszania tematu mojego „zadanioholizmu” i skłonności do popadania w wir pracy. Przyznam, że przez chwilę zastanawiałam się nad tym tematem, jednak w ostateczności odrzuciłam go gdzieś na boczny tor, twierdząc, że po prostu taka jestem. Zawsze byłam perfekcyjna, dokładna i pracowita. Zawsze miałam silną potrzebę rozwoju. A poza tym takie mamy czasy – świat biegnie w nieustraszonym tempie, a ten, kto za nim nie nadąża, nie ma szans na to, żeby cokolwiek osiągnąć.

O tym pytaniu przypomniałam sobie jednak całkiem niedawno – w momencie, w którym zrozumiałam, że naprawdę uciekałam. Uciekałam, mimo, że nie zdawałam sobie z tego sprawy. A może i zdawałam sobie sprawę, ale tak naprawdę nie chciałam przyjąć do wiadomości, że temat dotyczy właśnie mnie. Mnie? W końcu przeczytałam tyle mądrych książek z dziedziny rozwoju osobistego, zaliczyłam tyle szkoleń, warsztatów i ćwiczeń. Przecież ja się na tym znam! I ja miałabym przed czymś uciekać? A jednak. Uciekałam. I uświadomiłam sobie coś również – nie tylko ja uciekałam, robi to bardzo wielu z nas, często nie zdając sobie do końca z tego sprawy.

Przed czym uciekamy?

Przed sobą. Przed swoimi potrzebami, uczuciami i lękami. Przed wsłuchaniem się w siebie, w to,  czego naprawdę chcemy i zmierzeniem się z tym, co wywołuje nasze emocje i wzmożone bicie serca.

Bardzo łatwo jest wypełnić sobie cały dzień pracą i zajęciami. I nieważne czy podobnie jak ja jesteś perfekcjonistą, w dodatku z skłonnościami do pracoholizmu czy zajmujesz sobie czas innymi rzeczami – jak na przykład oglądanie seriali, granie w gry, chodzenie na siłownię, na zakupy czy umawianie się na randki.

Cienka granica

Nie zrozum mnie źle. W żadnej z powyższych rzeczy nie ma nic złego. Wszystko jest dla ludzi i ma nam służyć. I służy, do momentu, kiedy nie przekroczymy magicznej granicy. Bardzo cienkiej, niezauważalnej granicy, za którą to właśnie nasze zajęcia zaczynają rządzić naszym życiem. Momentu, w którym zaczynasz planować cały swój dzień – od rana, aż do samej nocy. Kiedy wyznaczasz sobie zadania i dążysz do tego, żeby zrealizować każde z nich. Zadania mogą być różne – od stricte biznesowych, dzięki którym masz zamiar zarobić więcej pieniędzy i osiągnąć sukces, poprzez rozwój, naukę języków, pracę z własnym ciałem, skończywszy na wysprzątaniu całego mieszkania, zrobieniu dwudaniowego obiadu, upieczeniu ciasta i obejrzeniu wszystkich wieczornych seriali. Nieważne co to jest, ważne, że nadajesz temu ważny priorytet.

Priorytet tak ważny, że ważniejszy od spotkania z najlepszą przyjaciółką, rozmowy z rodzicami czy dzieckiem albo spędzenia czasu z ukochaną osobą. Ważniejszy od snu i odpoczynku. Ważniejszy od zadbania o swoje zdrowie, mimo, że organizm krzyczy: „mam już dość.”

Ja właśnie ten błąd popełniałam. Nadawałam swoim zadaniom wysoki priorytet, sądząc, że są najważniejszą rzeczą w moim życiu. Uważając, że bez ciągłego rozwoju i ciągłej pracy nic nie osiągnę. Myśląc, że zostając w tyle będę gorsza od innych. Myśląc, że skoro nie mam rodziny ani dzieci nie powinnam marnować ani minuty. Powinnam jak najbardziej się rozwijać i jak najwięcej osiągnąć. Bo w końcu teraz mam na to czas i nie powinnam go zmarnować.

Co tracisz, kiedy nie potrafisz wsłuchać się w siebie?

Jaki był tego efekt? No cóż. Nie był oszałamiający. Wypełniając swój calutki dzień ciągle to nowymi zadaniami nie byłam w stanie wsłuchać się w siebie. Nie potrafiłam słuchać swojego ciała. Zgubiłam kreatywność. Nie potrafiłam zdobyć się na spontaniczność. Ciągle miałam wrażenie, że muszę więcej i więcej. I co gorsza, zmuszałam się do tego, mimo, że wcale nie miałam na to ochoty.

To doprowadziło do momentu, w którym im więcej pracowałam, tym gorzej mi szło. Tym trudniej było mi się skupić. Tym bardziej czułam się zmęczona. Do tego doszły inne wydarzenia, które dały mi sporo do myślenia. Aż wreszcie powiedziałam sobie dość. Koniec ciągłego „muszę” i „powinnam”. Pora przystopować. Zwolnić. Wsłuchać się w siebie.

Zwolnij, a Twój organizm Ci podziękuje

I tak właśnie wyglądały ostanie miesiące. Były o wiele bardziej powolne, spokojne i spontaniczne. Bez ciągłego „muszę”. Za to z większą ilością „chcę” i „mam ochotę.” Co nie znaczy, że nic w tym czasie nie robiłam. Pracowałam i działałam, jednak w zgodzie z samą sobą. Wykorzystywałam momenty, w których czułam większą wenę do pracy i wenę do blogowania. Natomiast, kiedy jej nie było, po prostu sobie odpuszczałam. Nauczyłam się kłaść się trochę wcześniej spać. Nauczyłam się więcej odpoczywać.

I nauczyłam się wiele więcej o sobie. To niesamowite, ale kiedy na chwilę odpuściłam sobie cały ten rozwój osobisty, perfekcjonizm i zadanioholizm dowiedziałam się więcej o sobie, niż w okresach, kiedy usilnie nad tym pracowałam. Uświadomiłam, że jeśli na chwilę odpuszczę i przystanę nic złego się nie dzieje. Mój świat dalej się kręci i ma się naprawdę całkiem dobrze. Zrozumiałam, że nie muszę być perfekcyjna, żeby być dobra. Uświadomiłam sobie, co tak naprawdę potrafię i ile osiągnęłam w pracy nad sobą. Nauczyłam się ufać sobie. Nabrałam pewności siebie i wiary w swoje możliwości. I co najważniejsze zrozumiałam, że cały ten wyścig szczurów wcale nie jest mi do niczego potrzebny. Zrozumiałam, przed czym uciekałam i uświadomiłam sobie, czego tak naprawdę pragnę w swoim życiu.

Tak więc, jeśli czujesz, że Ty też przekraczasz tę magiczną granicę, za którą to obowiązki i praca zaczynają kierować Twoim życiem – nawet kosztem Twojego zdrowia i czasu spędzonego z ważnymi dla Ciebie ludźmi, zastanów się, przed czym próbujesz uciec i czego się boisz? Odcinając się od siebie, swoich potrzeb, emocji i uczuć wiele tracisz. Nie pozwalasz sobie być w pełni sobą. Nie pozwalasz sobie na prawdziwe szczęście. A przecież na nie zasługujesz, prawda?

  • Jakiś czas temu czytałam, że bardzo łatwo wpaść w pułapkę rozwoju.. w pewnym momencie przekraczasz „magiczną granicę” i już nie rozwijasz się dla siebie tylko dla samego rozwoju. Nie liczy się już nic więcej poza rozwojem… Niebezpieczna sprawa.

  • Uciekam przed sobą i swoimi myślami w pracę. Jak na razie, tak jest łatwiej. Kiedy mam za dużo czasu dla siebie zaczynam rozmyślać o niepotrzebnych sprawach.

    • Ważne, że masz świadomość tego, że uciekasz. To wbrew pozorom już bardzo dużo.

  • Jakiś czas temu też to zaobserwowałam, że ludzie rzucają się często w wir pracy, różnych zajęć, czasem nawet randek, żeby uciec od samych siebie, od rzeczywistości. Mi się zdarza uciekać w prace. Jednak jak już zaczynam przesadzać, to nauczyłam się zatrzymywać i spoglądać na to co robię z boku i dystansować się.

    • Świetnie, że nauczyłaś się zatrzymywać i dystansować 🙂 To wcale nie jest takie proste. Mnie ta „umiejętność” zajęła sporo czasu.

  • Bardzo dobry wpis! 🙂
    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam: http://www.annandstyle.pl 🙂

  • Emilia Morciniec

    Zdarza mi się zawędrować zbyt daleko w myśli przed snem. Niekiedy to robi na zdrowie. Można powędrować w różne miejsca, wspomnienia. Czasem bywa tak, że to praca staje się ucieczką. Ale i nad tym człowiek uczy się panować.
    Bardzo dobry tekst. Pouczający. Którego zdania będą jeszcze dźwiękiem odbijać się w głowie…

    Pozdrawiam,
    EM
    https://wedlugem.blogspot.com/

  • Świetny wpis. Kolejny tekst, w którym trafiasz w sedno. Powinniśmy działać na zasadzie – „chcę”, „robię, bo to dla mnie najlepsze”, a nie „muszę”. Zwolnienie i wsłuchanie się w siebie to podstawa 🙂

  • Witold Gluck

    Trudno jest wyjść z takiego magicznego kręgu muszą się pojawić „inne wydarzenia” coś co zmieni naszą rutynę .
    A te „inne wydarzenia” też nie pojawiają się przypadkiem – tak przynajmniej było u mnie

  • Bardzo mądry tekst, też mam teraz taki etap, gdzie uczę się sobie odpuszczać i bardziej być, niż robić. Też bardziej słuchać czego potrzebuję, a nie biec wyznaczonym szlakiem, bo przecież muszę pracować, muszę się rozwijać, muszę być lepsza. A wcale tak nie jest, po prostu mogę być.

  • Bardzo ważny temat! Czasem zapędzamy sami siebie w kozi róg… dlatego tak ważne jest aby zwolnić…

  • Tak, to wszystko prawda. Na dodatek jest jeszcze druga strona medalu. Osławione flow, które tak naprawdę może być zgubne, jeśli się człowiek nie zdystansuje. Wszystko co jest tak naprawdę przesadzone, od pracoholizmu po obżarstwo i siedzenie w serialach, jest efektem tego samego: życia nie w zgodzie ze sobą. Ale to już wyższy level psychologii pewnie. No i mamy oczywiście do tego pytanie filozoficzne – komu oceniać, gdzie zaczyna się przesadzanie, kto ustanawia normy. Myślę, że wsiąkanie w coś za bardzo można, jak piszesz, rozpoznać po rezygnacji z tego, co dotąd było ważne – jak u osób uzależnionych. Trudny, ale ważny temat. Zwłaszcza teraz, w naszych czasach, w naszym pędzie, gdzie nie ma czasu na zatrzymanie się i wsłuchanie w siebie. Czytałaś „Esencjalistę”?

    • Właśnie, trudno ocenić, w którym momencie przekracza się granicę, bo często w ogóle tego nie zauważamy…
      Przyznam, że o książce „Esencjalista” słyszę pierwszy raz, ale oczywiście zerknęłam na opis książki oraz recenzje i widzę, że to na pewno pozycja warta przeczytania 🙂

  • Łatwo jest się pogubić wśród tych wszystkich „muszę”, „powinnam” i zapomnieć o „chcę”. Wiem coś o tym, tak samo jak i o tym, że kiedy odpuszczamy, wracają siły, wraca kreatywność. Do mnie też ostatnio wróciła, gdy w końcu odpoczęłam. Sama prawda i tylko prawda 😀

  • Zanim jeszcze przeczytałam Twój tekst, odpowiedziałam na pytanie, że uciekam przed sobą. Choć może jeszcze ze mną nie tak źle, paca nie zwycięża nad zdrowiem rodziną, ale… Obecnie wolę, jak to ona jest zazwyczaj na pierwszym miejscu.

  • Have a great day

    Szukałam najnowszego postu po przeczytaniu części Pani bloga (na razie wciąż niewielkiej, ale zabieram się za resztę), ponieważ chciałabym po prostu powiedzieć, że podziwiam Pani odwagę, intelekt, chęć zmian, wyrwanie się z szarej rzeczywistości, czy wiarę w to, że aby być spełnionym nie należy koniecznie posiadać rodziny, że to nie musi (śmiem nawet powiedzieć, że nie powinien) być jedyny sens/cel naszego życia. Na codzień spotykamy mnóstwo osób, które podcinają nam skrzydła, dlatego każda „wolna dusza”, która potrafi sobie radzić z innymi (i przede wszystkim z samą sobą!) napawa mnie niezmierną radością.

    • Dziękuję za te miłe słowa 🙂

  • Gosia Sasinowska

    Wiele rzeczy jest mi bliskich, które poruszyła autorka.Doskonale znam to uczucie, kiedy człowiek zapętla się w kołowrotek życia i słowo „muszę” jest na pierwszym miejscu. Nie słuchamy siebie, nie słuchamy intuicji bo naszego ego zapanowało nad naszym życiem. Trzeba zwolnić, wsłuchać się w siebie i w to, co nam „w duszy gra „. Zamienić słowo „muszę” na słowo „chcę”. Życie wtedy staje się prostsze, wiem to sama po sobie :-).